krajkowo

Tęskni ktoś za zimą? W piątek sprawdziłem pogodę, ma padać śnieg, do tego lekki mrozik. Zachmurzenie duże, ale to mi nie przeszkadza, chcę zrobić zimę, taką z padającym śniegiem – prawdziwą.
Rano nie miałem problemu z podniesieniem czterech liter. Wręcz przeciwnie, miałem sporo czasu na wszystko. Tosty, herbatka, uszykowanie sprzętu, przejrzenie FB. Wyszedłem z Canonem, może nieco zaspanym, ale szczęśliwym. Bacznie obserwował moje przygotowania, szczególnie te związane z przygotowaniem do wyjścia. Do świtu jest jakieś półtorej godziny. Zdążyliśmy bez problemu. Dzisiaj kierunek Czmoniec i wędrówka nad Wartą w stronę Poznania. Martwiłem się trochę, śnieg za miastem jakby słabiej padał i obawiałem się, że z zaplanowanych zdjęć nic nie wyjdzie. Radio cicho gra, a ja układałem w głowie kadry, przesłony i czasy naświetleń. Na miejscu śnieg zaczął sypać całkiem mocno. Teraz z kolei miałem obawy, czy nie za mocno. Nie dogodzisz. Do Warty mieliśmy jakieś pół kilometra. Zanim tam dotarłem na plecach oprócz plecaka niosę solidną zaspę. Woda byławysoka, po rzece pędziły kry, a brzegi były tak oblodzone, że lepiej tam nie schodzić. Ja to wiem, dzikie zwierzęta pewnie też, ale Canon – pies mieszczuch – musi się jeszcze dużo nauczyć. Zanim zdążyłem otrzepać plecak ze śniegu, już był na oblodzonym brzegu. Z rozpędu jaki nabrał zaczął się ślizgać i wyhamował tuż przed granicą wody i lodu. Zamarłem. Już kiedyś wyciągałem psa z rzeki w podobnej sytuacji. Nic przyjemnego. Całe szczęście, że tafla tym razem wytrzymała. Canon popatrzył na przepływające kry. Intrygowały go, a szelest jaki powodowały trąc o siebie był dla niego nowością. Najspokojniej na świecie podszedł nad samą krawędź i wychylił się węsząc za najbliższą krą. Siląc się na spokojny, ale stanowczy głos zawołałem go. Odwrócił się spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Przecież nigdy nie zabraniałem mu kompania ani zbliżania się do wody. Prawdę mówiąc, nawet jak miałem inne zdanie to i tak nic sobie z tego za bardzo nie robił. Po chwili posłuchał i przybiegł sprawdzić co mnie tak zaniepokoiło. Podczas tego spaceru, jeszcze kilka razy sprawdzał moje opanowanie. W końcu zrozumiał, czego od niego chcę i do oblodzonego brzegu nie zbliżał się wcale. Mądry  piesek.
Nie spieszyłem się podczas robienia zdjęć. Fotografowałem drugi brzeg rzeki, gdzie dęby, pozbawione liści i obsypane śniegiem prezentowały się wyjątkowo. Brzegi, pozbawione trzcin i traw również pozwalały na swobodne kadrowanie. Do tego padający śnieg, który stworzył niepowtarzalny klimat. Czego chcieć więcej? Słońca? Nie o takie fotografie mi chodziło. Chciałem uchwycić białe płatki, które byłyby motywem i drzewa jako temat. Dosłownie co klika kroków widziałem kadry. Jedyny problem to woda. Śnieżynki w zetknięciu się z aparatem i obiektywem zamieniają się w wodę. Obawiałem się, że w końcu przedostanie się do aparatu i narobi bałaganu. Zawsze noszę ze sobą w plecaku papier toaletowy. Już nie jeden raz uratował moją godność w terenie. Tym razem jego kawałki posłużyły jako chusteczki zbierające wilgoć. Jedynie Canon znalazł inne zastosowanie papieru, kiedy rozwijałem rolkę podbiegł i chwycił za luźno zwisający koniec. Nim się spostrzegłem już ganiał  w kółko jak wariat z dwumetrowym kawałkiem. Tym razem to ja patrzyłem na niego zdziwiony.
Jak fotografować opady śniegu? Ja zastosowałem małą wartość przysłony, nie więcej niż 8, a najlepiej 4 lub 5,6. ISO jak najniższe, a czas w zależności od intensywności opadów. W ten dzień nie więcej jak 1/4 sekundy. Przy dłuższym czasie padającego śniegu nie było widać na zdjęciach. A przy zbyt krótkim uzyskiwałem “zamrożone” śnieżynki.
Każdy spacer, ma swój koniec. Po trzech godzinach dotarłem do kanału zagradzającego mi dalszą wędrówkę. Pora wracać. Schowałem aparat na dobre do plecaka i ruszyłem po własnych śladach do samochodu. Po drodze musiałem przejść przez kilka rowów. Jeden z nich miał wyjątkowo strome brzegi. Canon oczywiście nie miał większych problemów. Jego pan, objuczony jak wielbłąd i podpierający się ciężkim statywem rekordu w skoku w dal raczej nie pobije. Zszedłem więc ostrożnie na dno i zacząłem wdrapywać się na przeciwległą krawędź. O ile zejście było łatwe, o tyle wspinaczka okazała się nie lada wyzwaniem. Buty mi się ślizgały, i miałem wrażenie, że jedyne wyjście to wsparcie się na kolanach i dłoniach. Chciałem tego uniknąć, żeby nie przemoczyć spodni i rękawiczek. Ciekawe, że kiedy szedłem w drugą stronę nie miałem takich problemów. Nad krawędzią rosły jakieś krzaki i kilka gałązek wyglądało na solidne. Ręką od biedy mogłem je sięgnąć. Pociągnąłem z całej siły raz i drugi. Wytrzymają. Pierwsza próba zakończyła się zjazdem do rowu.  Na brzegu pojawił się Canon. To była jego kolej na zdziwione spojrzenie. Nie namyślając się wiele obwąchał trzymane przeze mnie przed chwilą gałązki, po czym chwycił je w zęby, wyrwał i pobiegł radośnie przed siebie. Z rowu wyszedłem na czworakach.
Wróciliśmy do auta zasypanego śniegiem. Zbliżała się już 11. Pora wracać. Drugie śniadanie to mila perspektywa.

Dodaj komentarz