kopylnik

Czasami tak się zdarza, że życie daje kopa. Mocnego i bez ostrzeżenia. Wywala życie do góry nogami. Co tu się za bardzo rozwodzić. Wali w ryj, aż miło. Początek roku był tak słaby, że nie sięgałem po aparat przez dłuższy czas. I po mimo tego, że szybko po nokaucie stanąłem na nogi, to jakoś żadne z moich ulubionych miejsc nie wołało do mnie z tęsknoty. A i ja nie czułem potrzeby odwiedzin.
Lubicie nalewki? Jest takie miejsce, gdzie rośnie dużo czarnego bzu i tarniny. W połączeniu ze spirytusem – ambrozja. Nieopodal płynie rzeczka, jest łąka, na której rosną drzewa. Przy drodze stoi olbrzymi orzech. Kiedy zobaczyłem tą mała dolinkę, wiedziałem, że to jest to miejsce. Przynajmniej do ranka następnego dnia…
Naprawdę, nie chce mi się wstawać. Za oknem noc i mimo, że nie odczuwam to czuję niską temperaturę. Pies nawet nie machnął ogonem. Ignor. Środek nocy, hałasuje, spać nie daje. Myję zęby i zbieram resztki silnej woli aby się przemóc i nie wracać do sypialni. Przeciągam moment ubierania się, chodząc bez sensu od okna do okna i szukając wymówek aby nie pojechać. Szukam oznak złej pogody – ta wymówka jest najlepsza, kolejna, że trzeba jeszcze podjechać na stację benzynową, że miejsce które sobie wybrałem wcześniej wcale nie jest takie fajne i warunków z pewnością do fotografowania nie będzie. Że buty znowu mnie obetrą, że w ciągu dnia tyle do zrobienia. Mogę tak wymieniać bez końca. I za każdym razem wychodzę. Razem z psem. On macha ogonem a ja się uśmiecham.

Dodaj komentarz